Kalendarz

February 2012
M T W T F S S
« Jan    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Archive for the 'Wycieczki' Category

08 8th, 2011

Najpierw był sen. Później takie miejsce na ziemi, gdzie się rozpadło. Rozpadnięcie. Całkiem niedawno spotkanie z M., powrót z pełnego ziół ogrodu T. (M.:Znam cię! Spotkałyśmy się w Peru w tej wiosce.. Ja: Nigdy nie byłam w Peru, ale miałam taki sen..)

http://www.youtube.com/watch?v=u5lnZZcgIQk&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=4kvTNbc8d5s



Joga

Author: admin
07 2nd, 2011

Warsztaty z Maćkiem Wielobóbem w Tarnowie, czyli wycieczka w nieznane lądy swojego ciała.

 

 



04 22nd, 2011

On the road again!/wspomnienia

To miala być Przygoda! Ja i Baśka z plecakami wypchanymi na maksa i plan, żeby uderzyć nad Adriatyk do Chorwacji na stopa. Najpierw Dalmacja, później Bosnia – Rainbow Gathering. Nie zdążyłyśmy jeszcze na dobre zacząć łapać, kiedy wprost do swojego auta  zgarnął nas Patryk, tout l’amour de Basia. Patryk postanowił, żjedzie z nami, do Chorwacji, do Bośni, na koniec świata. No a my..pojechałyśmy z Patrykiem, trzeba dodać, że jego autem.
Pierwszy nocleg, znaleziony przez CS w Wiedniu, z przyjemnością zamieniliśmy na rezerwat przyrody w Mikulovie, przy granicy Czech z Austrią. Z samego szczytu wapiennego wzgórza (Svaty Kopecek) roztaczał się przepiękny widok na miasteczko – Stare miasto oraz Zamek, ktory góruje nad Mikulovem, i w którym, jak się dowiedzileśmy, znajduje się największa w Europie Środkowej beczka na wino, mieszcząca 101 tysięcy litrów boskiego trunku (to informacja dla wielbicieli zwiedzania typu big is fun;). Czyli tak – po prawej piękny widok na Mikulov, po lewej na Austrię, za nami opuszczone kaplice fundacji Dietrichstein, a nieopodal w krzakach, dwóch panów w dresach obok swojego tranzita z wielką anteną na szczycie samochodu. Na naszą wyobraźnię najbardziej oddziałuje obecność panów w krzakach.W tempie ekspresowym przypominają nam się powieści przygodowe,detektywistyczne, zahaczamy też o film, z gatunku thiller. Powstaje też 230 teorii na temat przyczyn obecności tych 2 gentlemanów w dresikach w tak pięknych okolicznościach przyrody. Najbardziej wiarygodna okazuje się ..pssst zostawiam to waszej wyobraźni)
Następnego dnia przemknęliśmy w kilka godzin przez Austrię ( należy się ukłon w kierunku tych, którzy dbają o infrastrukture dróg w Austrii) i zatrzymaliśmy się na Słowenii. Na parkingu poznaliśmy sympatyczną parę z Niemiec, podróżującą przez Europę w stuningowanym mercedesie tranzicie. Kiedy parkowaliśmy siedzieli na składanych krzesełkach przed samochodem, na stoliku paliły się świece( antykomarowe;), w kieliszkach wino, na talerzach spaghetti. No cóż, my, biedni sąsiedzi zza wschodniej granicy, drugi dzień zajadaliśmy się chlebem z serkiem i popijaliśmy wodą źródlaną, a blask świec antykomarowych miał nam zastąpić żar ogniska i blask gwiazd na niebie.

Nasze kolejne miejsce na nocleg nie mogło być lepsze – z widokiem na wodospad i Alpy . Do tego eksluzywna kąpiel w turkusowej rzece Soca (swój kolor zawdzięcza wapieniom.) Co więcej, to raj dla spływów kajakowych i raftingu)i rozmowy do późna w noc. Następnego dnia, pierwszy raz wspinałam się w skałach ( nogi drżą, jest i  radość i pokora, sama nie wiem które mocniej odczuwałam – n i e z a p o m n i a n e wrażenie).Weszliśmy wysoko, wodospad raczył nas bryzą, zaliczyliśmy to do kategorii poranny prysznic;).        A jaki smak wody, sluchajcie! nie ma nic pyszniejszego niż woda z wodospadu pita metodą woda usta.

Po takim poranku popędziliśmy prosto na Chorwacje. Po drodze bierzemy autostopowicza Toniego, który przestrzega nas przed rozbijaniem się na dziko w Chorwacji i daje nam mistrzowski pokaz gry na ukulele .

Im dalej na południe, tym bardziej gorąco – tego dnia temperatura podskakuje o kilka stopni w górę, jest już ponad 40 stopnii widoczna jest zmiana roślinności. Pierwszy dzień w Chorwacji pokutujemy nasz brak logistycznego przygotowania. No jest morze, jest i słońce, ale jest i masa turystów, hotele dla klasy zamożnej i brak miejsca na nasz skromny namiocik. Średnia wieku 40-50, panowie w klapeczkach i czapeczkach, panie prężą do słońca obfite biusty. W tle muzyka z zaparkowanych nieopodal samochodów.  Jednym słowem – raj dla niemieckich emerytów!

Pierwsza szybka kąpiel w ciepłym morzu i uciekamy dalej na południe. Zachodnie wybrzeże Istrii nie posiada, jak się okazuje ku naszemu zawodowi, małych uroczych wiosek rybackich. Zatrzymujemy się zatem w kolorowym miasteczku Vrsar, w którym widoczne są wpływy weneckie równie silnie jak kultury masowej ( ach ten syntezator przy jednej z uroczych restauracji). nocleg bardzo przypadkowy i bardzo drogi, ale za to w luksusowym, 2osobowym łożu małżeńskim.

Po Porecu i Vrsarze, Rovinji, nasz następny przystanek, okazuje się być rajem – podziwiamy nie tylko architekturę, ale i dzikie plaże z wymarzonymi wejściami do morza. Noc postanawiamy spędzić na plaży, co niekoniecznie okazuje się dobrym pomysłem. Od strony lądu wybrzeże patrolują panowie na skuterkach, od strony morza kuter z reflektorem niczym oko Mordoru prześwietlający każdy zakamarek plaży w poszukiwaniu niesfornych turystów z wybujałą wyobraźnią ( czyt. np nas). Układamy się pomiędzy dwoma głazami, Patryk czuwa przyklejony do kamienia, Basia przez kilka godzin śpi w pozycji wygiętej, a ja poznaje co to dotyk ostrokrzewia. Za to rano, ach!Pusta plaza plus kąpiel z porannym słońcem. Tak wspaniale rozpoczęty dzień pragniemy skończyć równie pięknie – jedziemy zatem na wschodnie wybrzeże przez Pule. Tradycyjnie na przystanku serwujemy sobie arbuza, żeby później znaleźć siłę na walkę ze słońcem i sennością, podczas pieszej wędrówki po mieście w 40 stopniowej temperaturze. Udaje się – docieramy do Koloseum i amfiteatru rzymskiego. Baśka roztacza przed nami wizje dionizjów, kończymy dyskutując o naturze ludzkiej.

Zachodnie wybrzeże na pierwszy rzut oka straszy kopalniami, rafineria i fabrykami. My znajdujemy wspaniałe miejsce znane tylko tubylcom. Rozbijamy się3 m do morza. Księżyc tej nocy jest na wyciągnięcie ręki, wokół tylko cykady. Rano kąpiel nago w morzu, jest trochę zimniej niż na pełnym morzu, ale za to jak orzeźwiająco! Po śniadaniu wsiadamy do Pana Samochodzika i kierujemy się na Jeziora Plitwickie. Opuszczamy krainę Słońca i Morza, klimat powoli staje się przyjaźniejszy, uf, można oddychać. Park Narodowy imponuje czystością wód, i to nie tylko na wskutek ich przepływu (to 16 jezior połączonych wodospadami), ale i szacunkiem turystów do tego miejsca. Dodam tylko, że nie nikt nie sprawdzał czy mamy bilet; a bilet nie kosztuje mało. Do rozważenia. Po jeziorach tradycyjnie arbuz i jedziemy w kierunku Zagrzebia. W połowie drogi skręcamy na mniej uczęszczaną trasę i wjeżdżamy w sam środek obszaru, gdzie 91- 95 rozgrywała się wojna.

Opuszczone, zdewastowane domy Serbów, tablice ostrzegające przed minami powodują, że stajemy się bardziej czujni, wyciszeni. Nocleg znajdujemy w jednym z nielicznych zamieszkałych domów. Taki obrazek – przed domem siedzi cała rodzina, skupiona przy niewielkim plastikowym stoliku.- Babcia , Ojciec , Mama, Ciotki, Wujkowie, Dzieci, Kuzynowie, Pies, Kot. Na stoliku piwo, z głośników płynie chorwackie disco. I my,  w niebieskiej toyocie. Rodzina Rebrovic przyjęła nas z otwartymi sercami i wielką gościnnością. Do późna w nocy toczą się rozmowy, tańce, rysowanie, śmiechy, jedzenie,poznawanie sąsiadów. Miejscówka pod namiot – wyśmienita – pod śliwą, zaraz przy domu. Rano idziemy z chmarą dzieciaków nad rzekę (tam popis skoków do wody), przed południem ruszamy w dalszą droge obdarowani śliwkami i zaproszeniem w następnym roku. Kolejny dzień to już Węgry z Balatonem ( jezioro, w którym można by kręcić Baywatch ze względu na fale i płytkie dno) i Budapesztem. Ale to już inna historia, bo serce zostało w małym domku w Chorwacji, gdzieś przed Karlovacem. Kto wie, może odnajde je na nowo w Rumuni?? (sierpien07).



Chciałam żeby ta relacja była trochę jak Krym – różnorodna, niedopowiedziana, ot mozaika. Ukraina jest dla mnie przygodą, która się jeszcze nie skończyła, wciąż “się pisze” na kartach mojego życia.


Powoli wchodzę na zalany sloncem peron, z którego odjeżdza pociąg do Przemyśla. W plecaku pachnie jeszcze nowością przewodnik Bezdroża, a mapa wciąż sztywna i lśniąca. Przyszly Kaowiec i obecny Inżynier ruszają na Krym! 

Nasze głowy – pelne pomysłów na ten 10 dniowy wypad na wschód. Jeszcze nie wiemy jak gorąco tam może być, jak bardzo tęsknić będziemy za prysznicem, jeszcze uśmiecham się do tych wszystkich arbuzow, które zamierzam zjeść.

Lwów. Przygoda pierwsza: ukraiński pociąg
W pociągu duszno, goraco, z głośniczków ryczą ukraińskie przeboje. Mamy miejsca: 10, 11 – ja na górze. Jeszcze zanim wyruszamy dostajemy pól kilo dorodnych ogórków od towarzyszki podróży spod 9. Starcza nam nawet na śniadanie na odesskiej plaży..
Przygoda dwa: Odessa – miasto mafii i betonowych plaż
W miescie Odessa (w kolejności):
Kapiemy się w morzu, bierzemy prysznic przy znalezionych w ciemnej uliczce kranach w centrum miasta. Następnie: kluczymy uliczkami Odessy, znajdujemy fajną knajpkę, w której jemy kolacje, kręcimy film na schodach Potiomkina ku czci i chwale Eisensteina, po czym buszujemy po porcie. Trochę już zmęczeni oglądamy zachód słońca w zatoce. Noc spedzamy w pociągu jadącym do Symferopola.
Symfer-o-pol
Symferopol: konieczny ukłon w stronę socjalizmu. Przed dworcem – do wyboru dwie opcje – ta po lewej Engels, ta po prawej – Marks(czy bylby zadowolony?). Idziemy tą po prawej. Po drodze mijamy park Lenina, czołg z okresu wojny i w koncu docieramy na starówkę. Odnajdujemy restauracje z ukraińskimi przysmakami na ul. Puszkina z przepysznym barszczem po ukraińsku – zostajemy tam dłużej. 

Bakczysaraj – dziki zachód Krymu.
Ubita ziemia tworzy plac przed stacyjką pociagową. Wysypujemy się z elektriczki wraz z całą masą mieszkańców. Rozpierzchają się po nielicznych jeszcze zacienionych bramach, podwórkach, uliczkach. Na placu zostajemy tylko My i Oni. Wydaje się, że następuje szybkie odliczanie do 10 i już są przy nas. Taksówkarze celują w nas placami, strzelają nazwami miejsc, do których mogą nas zawieźć. Nie poddajemy się – idziemy swoja droga – prosto do celu – Priwal Kemping.
Po blisko godzinie marszu we wciąż mocnym popołudniowym słońcu przeklinamy chęć zaoszczędzenia na bakczysarajskiej taksówce.
Kiedy w końcu docieramy na miejsce, okazuje się, że pola namiotowego brak – rozbijamy się na jednym z bakczysarajskich wzgórz z widokiem na kamienne sfinksy. Niebo nigdy nie miało tyle gwiazd!

W marszrutce zawsze jest przygoda
Znowu w marszrutce. Przylepiona do szyby pomiedzy starszą panią, a panią młodszą, manewruję przyczepionymi do plecaka górskimi butami tak, aby nie wylądowały na główce małego śpiącego dziecka. Mam wrażenie, że wszyscy we mnie bezgranicznie wierzą.
Nie kupiłam tatarskiej czapeczki przed palacem Chana, ale za to zyskałam pewność co do tego, że Zuber jest ukrytym fotomaniakiem.
Co do bilansu dniowego jest też : poranna joga twarzą w twarz z sfinksami, zwiedzenie Palacu Chana, obiad w knajpce uzbekistańskiego uchodźcy, utrzymującego, że w Polsce nadal rządzi Stalin.
A teraz? Do Sudaku marsz(rutka)! 

Znów na dworcu. Trzeba po raz kolejny odeprzeć atak złotozębnych. Naszą bronią jest namiot (nasza “kwatira”) i stanowcza mina. Udaje się.

Kolacje jemy około północy. Jak wygląda nasz tradycyjny posiłek na Ukrainie? Chleb. Serek. Jogurt. Ogórek. Pomidor. Od święta – czekolada. Nic tak wspaniale nie smakuje nad brzegiem nocnego morza jak to!

Buntuję się – wyskakuje z górskich butów i ubieram japonki i sukienke. W tym stroju mam zamiar szturmować twierdzę genuenska. Och dziewczę! Na nic ci determinacja, gdy w klapeczkach chcesz zdobyć Basztę Panieńską! Zatem podziwiam widok na zatokę na jednej z niższych skal. Uff jak dobrze że nie próbowaliśmy się dostać do twierdzy od strony morza!

Wypijamy kolejna wodę tego dnia – sapie, wzdycham i mam totalny spadek energii. Działa instynkt przetrwania – byle do cienia, byle z wodą mineralną. Słusznie ktoś kiedyś zauważył ( Kapuściński?) że wszystkich zwierzat tylko człowiek jest na tyle nierozważny, aby poruszać się na słońcu w godzinach największego upalu.

Rozbijamy się pod Czatyrdahem. Siedzimy – góra i my. Nad niby-nie-wysoką(1527m.n.p.m.) granią przetaczają się chmury. Za chwilę pewnie zacznie kropic, za chwilę pewnie schowamy się do namiotu (P.S. weszliśmy tylko na Demerdze południowa, ze względu na pogode).

W pociagu powrotnym znow ryczy radio. Chłopaki otwierają kolejną butelkę wódki. Misza spod 2 z nożem myśliwskim roztacza opiekę nad naszym snem. Żegnaj Ukraino!

P.S. W czym przejawia się egzotyka (egzotyczny – zewnętrzny, niecodzienny, niezwykly, OSOBLIWY) Krymu? Obserwacje:
1) Ubiór. Kobiety ładne, ale zamalowane czerwonymi szminkami, niebieskimi cieniami, zagorsetowane w sztuczne, błyszczące sukienki, uwięzione na zbyt wysokich obcasach. Mężczyźni ze złotymi łańcuchami na piersiach, dywanem włosów z tyłu, koniecznie plastikowych klapeczkach i siateczkowej bluzeczce ( to naprawde HIT tego lata na Krymie – naliczylam sie ok 40 przypadków tego ekscesu mody!). Typ ukraińskiego eleganta nosi spodnie w kant i biale buty do szpica z noskiem. Bardzo często reklamówka Hugo Bosa.
2) Alfabet – dla tych, którzy go nie znaja sprawia że nazwy stają się obce, niedostępne, dziwne.
3) Jedzenie – większość z miesem, tłuste, smaczne. Duży wybór słodyczy ( wpływ tatarskiej kuchni).

Wszędzie dostępny kwas – nie dziwi, ze serwowany prosto z beczki.
4) Sposób podróżowania – pociąg, elektriczki, marszrutki, trolejbus, popularny autostop, za który się płaci.
5) Góry – dzikie, bez szlaków.
6) Auta – przyciągają uwagę tuningowane lady, z halogennymi ozdobami na kola i koniecznie przyciemnionymi szybami.
I wiele wiele innych – zachęcam do obserwacji!
7) Gościnność – niby uniwersalna, niby przekracza granice państw, a zależy od domu, ale muszę zaznaczyć że nigdzie nie spotkałam się z tak bezpretensjonalną gościnnością jak na Ukrainie właśnie!
I will be back!:D


Moje Marrokańskie Exils

Author: admin
12 16th, 2010

Niniejszym chwalę się wszem i wobec:

http://www.odyssei.com/odyseusz-roku-2009/2236_news.html (Hoho)

Zakochaliśmy się w sobie w zielonej wiosennej Irlandii. Na nowo rozpoczęła się historia Mężczyzny i Kobiety, która zdarza się od początku świata. Nie często jednak przestrzeń intymna dwojga ludzi rozrasta się do tysięcy kilometrów, jak stało się w naszym przypadku. Szybko zdecydowaliśmy że czas ruszyć razem w drogę, opuścić swoje centra i odnaleźć nasze własne. W pewien deszczowy jesienny dzień wybraliśmy marokańska Afrykę.

Rozdział niezwykłych spotkań rozpoczął się dla mnie już na lotnisku w Hahn – chłopcy z Łotwy plus znaleziona piłka równa się międzynarodowy mecz odbywający się pomiędzy męską ubikacją a automatem do kawy. Rezultat: godziny oczekiwania na Eda skrócone do opowiadań o naszych wędrówkach i przyszłych planach z wojażerami zza wschodniej granicy.

Myślałam że główną osią mojej podróży będzie relacja pomiędzy mną a Edem, a stało się inaczej, na pierwszym miejscu pojawiła sie pustynia, dopiero potem My.

Pierwszy dzień w Marrakeszu jest dla mnie nauczką Inności. Doświadczam jej na kilku poziomach. Ten zmysłowy,  sprawia mi przyjemność: nowe zapachy  zanurzam ręce w aromatycznych przyprawach), faktury (dotykam delikatnych tkanin), kolory, smaki, uważnie wsłuchuje się w muzykę ulicy, wyłapuję najlepsze kawałki – nagrywam. Z kapturem na głowie i długich spodniach czuję się wręcz “marokańska”, w szczególności, że przez labirynt wąskich uliczek pewnie prowadzi mnie Ed. Ten stan utrzymuje się do czasu, gdy na chwile zostaje sama – zdejmuję nakrycie głowy, podwijam nogawki i przysiadam na chodniku. Wtedy podchodzi do mnie jedna z kobiet i patrząc mi w twarz spluwa na ziemię. W jednej chwili odczarowuje się moje Maroko i ja sama – w wieczornym zgiełku Marrakeszu. Dopiero teraz zauważam wzrok facetów z naprzeciwka, dociera do mnie hałas setek motocykli, a w brzuchu wyraźnie miesza sie koktajl avocado z kuskusem. Jestem tutaj Obca. Może nawet nie-chciana. Na pewno – kobieta.
Przychodzi Ed – decydujemy się odnaleźć naszego pierwszego hosta – Ossame. Gdy dochodzimy pod jego drzwi wciąż nie czuję się za pewnie – ale! nie mogę przecież uciec od doświadczenia nowego, nie mogę też w magiczny sposób zmienić płci. Naciskam na dzwonek. Otwiera nam młody chłopak, uśmiechnięty od ucha do ucha, który nawet nie patrzy w moja stronę. Do końca wieczora nasz gospodarz nie zwraca się do mnie w ogóle, a na moje pytania odpowiada Edowi. W nocy obmyślam paniczny plan ucieczki z tego antyfeministycznego państwa i oczywiście następnego dnia ..zostaje.

Nie uciekam, ale skutecznie chowam się za maską niezadowolenia, dumy i obojętności. Już po kilku godzinach mam dość eksponowania mojego poczucia odrzucenia, które zdecydowanie nie wpływa na jakość podróżowania. Muszę się tylko nauczyć akceptować mój nowy punkt widzenia – zza chusty i prawie zawsze u boku Eda. Ale jaja. A w Marrakeszu jest pięknie!  Szczególnie w nocy, kiedy na głównym placu rozbrzmiewają odgłosy bębnów, para bucha z podniebnych garkuchni, a podkreślone delikatnym światłem stragany kuszą kolorami, zapachami, gwarem.

Następnego dnia łapiemy stopa na południe kraju. Kiedy zdezorientowani kręcimy się na obrzeżach miasta w poszukiwaniu drogi wylotowej, na horyzoncie pojawia się dresik, w złotych łańcuchach wplątanych we włosy na klacie. Po kilku zdaniach przyjacielskim gestem zaprasza nas do swojego samochodu i jedziemy w kierunku wylotówki na Quarzazate. W samochodzie okazuje się  że nasz kierowca jest profesorem na uniwersytecie i doskonale rozumie potrzebę pomocy zagubionym w meandrach kultury arabskiej studentom. Dodaje też że podziwia Wałęse i że raz odwiedził Litwę – rodzinny kraj Eda.

Atlas przecinamy w tempie ekspresowym, wypadając z zakrętów przy prędkości 150 km/h. “Schumaher” chwali się nasz kolejny kierowca , a ja w tym czasie modlę się o dobra wolę Allaha. Na jednym z zakrętów wpadamy prosto do berberyjskiej restauracji. Trójka przyjaciół, która zgarnęła nas z Marrakeszu, to trzej poważni biznesmeni, których niewielu w tej okolicy. Jak sami przyznają “nie piją, nie palą, bo największą frajdą jest jedzenie”, więc kosztujemy, smakujemy, mlaskamy razem z nimi i naprawdę cieszymy się z tego wspólnego posiłku. Z powrotem wsiadamy do samochodu marokańskiego Schumahera – Inshallah!

Za nami zostawiamy “płonący” o zachodzie słońca Atlas, żeby wieczorem dotrzeć do Skoury – niewielkiego miasteczka położonego u bram daktylowego raju. Tam realizujemy nasz podstawowy “plan rozpoznawczy” – wyszukujemy najmniej eksponowane, a najbardziej marokańskie miejsce, gdzie można napić się herbaty. I tym razem mamy szczęście – w kawiarni spotykamy Aziza, który okazuje się być z HC i godzi się nas przenocować w swoim domu. Na miejscu dokonuję ekwilibrystycznych wyczynów językowych (francusko arabskich) i zdobywam serca chłopców. Szczęściu swojemu nie mogę uwierzyć. Chłopaki traktują mnie jak s w o j e g o i nawet nie przeszkadza im, że zaczynam dyrygować w kuchni przygotowaniami do tajina. No tak – jesteśmy w kuchni (pozbądź się zludzeń dziewczyno), ale z drugiej strony – Mustafa – przyjaciel Aziza jest szefem kuchni w Skourskim kasbachu (kuuuchnia). Po obiedzie chwytamy za bębny i na kolorowych dywanach cieszymy się razem muzyka.

Kolejne dni, to wędrówka na południe, ku Saharze. Przypadkowe spotkania, rozmowy, zaproszenia na herbatę, obiad urozmaicają nam wędrówkę. W Zagorze czeka na nas nasz kolejny host z CS – Salah. Spotykamy się z nim późnym wieczorem. Tu, na południu powietrze jest inne, na niebie jest więcej gwiazd, a ludzie są życzliwsi. Tak przynajmniej twierdzą Ludzie Południa. Podczas następnych dni, mieliśmy okazję zweryfikować ten sąd osobiście.

Dom rodziny Sallaha znajduje się dokładnie w odwrotnym kierunku co M’hamid, co nie oznacza, że jest daleko od pustyni. Ona już tu jest – hameda wdziera sie w granice miasta, dyktuje warunki życia. Mężczyźni osłaniają twarz turbanami, a kobiety w cieniu mielą przyprawy. Tylko turyści maszerują naiwnie w objęcia słońca. Szybko jednak wracają pod zacienione daszki europejskich kawiarni ze spalonymi noskami. Pustynia nie każdego przyjmuje z otwartymi ramionami.

Zanim jednak my dotarliśmy na pustynie, zostaliśmy córką i synem rodziców Sallaha. Stało się to po tym, jak pozwoliliśmy gadać muzyce – po obiedzie zasiedliśmy do herbaty, kiedy Sallah wyciągnął derbukę. Ktoś inny przyniósł łyżeczkę i kawałek blachy, brat Sallaha – skrzypce, mama – szklanki, ja – witaminy w plastikowym pudełeczku. Już po chwili – ponad 10 osobowa grupa zjednoczyła się w poobiednim międzynarodowym rytmie. Zagora urzekła nas otwartymi sercami ludzi. Poznaliśmy cały gang przyjaciół, z którymi gotowaliśmy, graliśmy i tańczyli pod marokańskim niebem. Przez moment nawet zapomniałam o Saharze, choć ona nie zapomniała o nas. Pewnego dnia dostaliśmy propozycję noclegu u nomadów na Saharze. Już następnego poranka maszerowaliśmy na pustynię kilkadziesiąt kilometrów. Z muzyką i śmiechami dotarliśmy na miejsce z pełnią księżyca. Niby nic – codzienne przygotowania posiłku, żarty z przyjaciółmi, a we mnie jakiś smutek i ogromna przestrzeń rozpaczy. W nocy, wymykam się z namiotu na pobliska wydmę. Siadam twarzą do księżyca i zaczynam płakać. Po chwili już szlocham na całego, wyję i krzyczę. Wiatr porywa moje smutki, już się niczemu nie dziwię, poddaje magii powrotu do domu. Tu jest mój dom – matko pustynio – wróciłam i będę wracać zawsze. Moje serce zostaje na Saharze. Kiedy wracam do namiotu nie boję się już śpiewać prosto z brzucha, a dłonie same układają się do klaskania. Cały namiot wypełniony jest muzyką, która coraz bliżej mnie. Wpadam w trans. Po raz drugi tego dnia pustynia pozwala mi uczcić mój powrót.

Następne dni to mozolne przemieszczanie się ku oceanowi. W drodze rozkoszujemy się jedzeniem, zapachami, rozmowami z napotkanymi ludźmi.

Agadir okazuje się być dużym miastem, z hotelami na każdym rogu, mnóstwem świateł i bankami. Ratuj się kto może! Do tego jeszcze to zatrucie pokarmowe! Słaniam się na nogach, lecę Edowi przez ręce. Po nocy w piekle gorączki i wymiotów, stawiam się nad oceanem. Jako jedyni na plaży rzucamy sie w fale. Gdyby nie to, że nasze bagaże zaczęły być podmywane przez wodę, pewnie nigdy byśmy nie wyszli. Jeszcze tylko nagrywam szum fal, jeszcze tylko raz patrzę w ta ogromna przestrzeń.

Kilka godzin później łapiemy stopa w kierunku Marrakeszu, gdzie czeka na nas Ossama. Dobrze było trafić z powrotem do tego chłopca. Już się nie dąsam za to, w jaki sposób mnie traktuje, ba! nasza rozmowa wygląda całkiem inaczej. Tak bardzo chciałabym się z tego cieszyć! I cieszyłabym, gdyby nie nieustająca gorączka i uciążliwy ból w prawym boku. Dwa dni później, już w Polsce, lekarze odkrywają u mnie wrodzona wadę nerki. W szpitalu podpięta do kroplówki szczelnie otulam się marokańskim szalem. Przecież nic złego nie może się już stać. Przecież odnalazłam Dom.



Oooo!Balon!

Author: admin
12 11th, 2010

“Czy Pani ma prawo jazdy? Nie? A na maszynie umie Pani szyć? Na singerze.. Świetnie! Jak będziemy wylatywać zadzwonię do Pani. Proszę się nie dziwić. Szukamy załogantów. No, to będę dzwonił, do usłyszenia!”

Ha!:D

http://www.skyadventure.pl/index.php?strona=pogoda



Mało mi, ja chcę Mali!

Author: admin
09 25th, 2010

Mali, Bamako!Timbuktu! Hombori Tondo! Czyż to nie brzmi fantastycznie?

Trochę więcej o tym Jakub Pająk:

http://www.loswiaheros.pl/miedzy-biegunami/223-jakub-pajak-karawana-solna-mali

I niech gada muzyka:

http://www.youtube.com/watch?v=WcqlOq1cjjc



Powrot albo Droga do.

Author: admin
01 18th, 2010

Wycieczki

Author: admin
12 4th, 2009
11 9th, 2009

“Eta Gruzjaaa! Oopaa!” To Mebuka. Z wielkim kielichem wypelnionym po brzegi domowym winem Giergoja konczy kolejny toast.  Siup po naszemu  i Gruzja jest juz pijana na calego.

Tak bylo wczoraj, dzisiaj powrot do Turcji.

Marszrutka wypelniona ludzmi do ostatniego wolnego centymetra pedzi gruzinska autostrada. Mezczyzni pala papierosy, kobiety ziewaja patrzac na palacych mezczyzn, z glosnikow dudni rosyjskiegi disco. Mijamy wozy zaladowane kapusta, niezliczona ilosc pasacych sie przy/ lub na drodze krow, mandarynkowe gory przydroznych stoisk, grupki babuszek z nie-wiadomo-czym w torbach w krate. W mikrobusie obok rytmicznie powtarzajacych sie dzwiekow rosyjskiej muzyki rozrywkowej dodatkowa nuta: skrzypiacych skorzanych kurtek pasazerow. Na dziesieciu, piec w skorzanej kurtce. Na dziesieciu, dziesiec z twarza wyrazajaca pewnego rodzaju smutek, melancholie, obojetnosc, zmeczenie, ale i fantazje. Na dziesieciu, dwoch wysiada tuz przy granicy gruzinsko – tureciej: to ja i Edvardas. Wracamy do domu.